>>>>> Aktualności <<<<<<
 
MENU

  START

   O NAS

  GALERIA

  OBÓZ ZIMOWY

  ETYKIETA

  KONTAKT

  LINKI


Winter Camp - Obóz Zimowy


Obozy zimowe "Winter Campy" organizowane są przez Wilka i Krystiana od 2009 roku. Poniżej znajdziecie opis i zdjęcia dotyczące ich przebiegu.


Winter Camp 2011

Środa 19.01.2011r.

Pada deszcz. Śniegu ani śladu. Jest trwająca od ponad tygodnia odwilż. Bynajmniej nie zachęca to do Winter Campu. Bo gdzie ta "winter"? Jednak po doświadczeniach sprzed dwóch lat odnośnie specyficznego klimatu Izerów , mamy wielką ufność, że i tym razem zima nas tam nie zawiedzie. A więc jedziemy. Jak zawsze Sławek odbiera Marka i nasze rzeczy spod "Czeszki i Słowaczki" skuterem i wywozi na miejsce obozowiska. Nasza ufność w izerską zimę okazuje się słuszna. Dookoła zimowy krajobraz, starego śniegu jest ok. 0,5 m, a nowy śnieg  wciąz pada i pada. Po około 1,5h marszu Kikan i Wilk ( czyli my ) docieramy na miejsce, gdzie Marek zdążył już przygotować część obozu.
Na tegorocznym Winter Campie jest nas tylko trzech i wspólnie zdecydowaliśmy, że spędzimy chociaż jedną noc poza tipi. Dlatego zamiast rozbić tipi improwizujemy schronienie z jego ścianek. Przypomina to prowizoryczny obóz traperski. Ku naszemu zaskoczeniu, stworzenie takiego domu, w porównaniu z rozstawieniem tipi zajmuje tylko chwilę. Oczywiście posłania izolujemy od zmarzniętej ziemi grubą warstwą gałązek świerkowych. Teraz następuję oficjalne rozpoczęcie spotkana przypieczętowane dymem z fajek. A śnieg wciąż pada... Niestety wg pognoz ma sypać niemal bez przerwy aż do końca Winter Campu. Nie jest zbyt zimno, raptem -3 st. dlatego nie obawiamy się o nocelg w eksperymentalnych warunkach, ani też nie dbamy o ciepły posiłek. Za wyżywienie starczaja nam dzisiaj jedynie oryginalne traperskie suchary z syropem klonowym. Mając zaskakująco dużo wolnego czasu ręsztę wieczoru spędzamy gatkując i śpiewając przy bębnie. Spac idziemy już o dwudziestej, a śnieg wciąż pada i pada...


Czwartek, 20.01.2011r.

Dzień witamy Fajkami. Pełni zapału idziemy na krótką wyprawę po okolicy, oczywiście w karplach, bez których nie dało by się nigdzie ruszyć, a nawet "zapolować na niedźwiedzia" ;) Po powrocie przyrządzamy posiłek. Jest to zupa, właściwie ze wszystkiego co mamy: mięso, fasola, kukurydza, dziki ryż, boczek, szałwia, dynia. A śnieg wciąż pada i pada i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie przez niego cały dzień musimy spędzić w naszym "barłogu", który po bezproblemowo spędzonej pierwszej nocy staje się na stałe naszym domem. Przed zmierzchem wyruszamy na dłuższą wyprawę na karplach. Jako cel obieramy schronisko "Orle", oddalone o 2h forsownego marszu. Na miejsce docieramy już w całkowitych ciemnościach, gdzie zostajemy nazwaniu grupą RETRO. Po odpoczynku w cieple kominka wyruszamy w drogę powrotną. Przedzierając się przez Halę Izerską w nocy, w padającym sniegu i porysiwtym wietrze docieramy do schroniska "Chatka Górzystów", gdzie zostajemy z dłuższą wizytą u nazych przyjaciół. Koło północy docieramy wreszcie do naszego obozu, który został splądrowany przez...kuny.


Piątek, 21.01.2011r.

Kolejny dzień rozpoczynamy Fajką. Naszym śnmiadaniem są: pestki dyni, suszone mięso, suszone owoce brusznic, jagód, żurawiny, gruszek i jabłek. Nagły przebłysk Słońca mobilizuje nas do kolejnej wyprawy wzdłuż rzeki Izery. Idąc obserwujemy zrywające się do lotu stadko cietrzewi. Na miejscu obserwujemy odciśnięte w śniegu ślady podrywających się ptaków. Decydujemy się w tym miejscu wypalić Fajkę. Kierunek dalekiej wędrówki wyznaczają nam liczne tropy kun i lisów. Po drodze pokonujemy dość szeroki potok, wpierw musząc znaleźć dogodne miejsce do przeprawy. Jest tuż przed zmierzchem , jest to moment na ostatnią już tego dnia Fajkę. Tymczasem pogoda wróciła do normy, śnieg znów zaczął sypać. Po powrocie do obozu warzymy strawę. Właściwie niczym się ona nie różni od wczorajszej. Kikan postanawia zażyć dziś kąpieli śnieżnej. Duchem jesteśmy z nim.


Sobota, 22.01.2011r.

Dzień jak co dzień. Fajka, śniadanie, kilkugodzinna wyprawa na karplach, znów Fajka, padający śnieg. Upajanie się górskim krajobrazem i wręcz nieskazitelną ciszą. Temperatura z dnia na dzień się obniża, dziś spada do -14st. Ten mroźny wieczór spędzamy przy ognisku na rozmowach i pieśniach przy bębnie. Mimo kilkunastostopniowego mrozu w nocy i niepalącego się ogniska, nie marzniemy podczas snu.


Niedziela, 23.01.2011r.

Pobódka o świcie i zwijanie obozu. Ostatnia Fajka kończąca tegoroczny Winter Camp. Sławek odprowadza nas swoim skuterem do cywilizacji. Utzrymujemy wszystkie postanowienia z poprzednich lat. Dodatkowo definitywnie rezygnujemy z tipi, które okazuje się niepraktyczne w zimowych warunkach.


Wilk i Kikan


Winter Camp 2010


Na razie tylko zdjęcia.

Zdjęcia z obozu 2010


Winter Camp 2009

Wtorek, 20. 01.2009, godzina 21.30

Trasa do Świeradowa nie wróży nic dobrego. Leje deszcz, resztki śniegu topią się błyskawicznie. Trudno uwierzyć w wieści nadchodzące z Chatki Górzystów na Hali Izerskiej o pięknej zimie tam na górze. W tak pesymistycznym nastawieniu zostawiamy samochody pod hotelem "Czeszka i Słowaczka" w Świeradowie Zdroju. Czeka tam na nas Sławek z Chatki Górzystów ze skuterem śnieżnym, który zabiera nasze rzeczy na halę. W czwórkę- Wilk, Krystian, Michał i Damian, w towarzystwie dwóch psów- Ary i Zuzi, ciągnąc za sobą sanie, rozpoczynamy 2,5 godzinny marsz w górę. Z każdym krokiem zimy wokół nas jest coraz więcej. Świerki aż uginają się pod ciężarem śniegowych czap. Gwieździste niebo, skrzypiący śnieg, lekki mróz, w takich warunkach nawet droga się nie dłuży. Ciesząc się jak dzieci ze śniegu, gdzie tylko się da zjeżdżamy na sankach. Grubo po północy docieramy do schroniska Chatka Górzystów, w którym nocujemy.


Środa, 21.01.2009

Mgła, marznąca mżawka, odwilż, ale śniegu mimo to nie brakuje. W świeżym puchu nie da się poruszać bez karpli. Skuter, który przewozi dalej nasze rzeczy utyka w połowie drogi do miejsca obozu. Idąc na przełaj przez halę przechodzimy przez zasypany śniegiem strumień, do którego Michał idący bez rakiet zapada się. Na skraju hali zaczynamy rozbijać obóz. Na wstępie okazuje się, że nasze saperki są bezużyteczne do przygotowania miejsca pod tipi. Potrzebna jest łopata do odgarnięcia niemal metrowego śniegu, którą pożycza nam Sławek. Wilk zaczyna zmagania z przygotowaniem miejsca, natomiast reszta w tym czasie nieocenionymi samorobionymi saniami o szerokich płozach przewozi przez dobre parę godzin cały dobytek z unieruchomionego skutera. Kolejnym problemem, są złożone gdzieś pod śniegiem tyczki. A przecież można było je jesienią postawić lub przynajmniej zaznaczyć miejsce ich położenia. Po dłuższym czasie udaje nam się zlokalizować i odkopać jeden z trzech przygotowanych kompletów. Pogoda nas nie rozpieszcza. Jesteśmy przemoknięci od mokrego śniegu, marznącej mżawki i potu. Dobrze wiemy, że aby przetrwać musimy postawić tipi i zaopatrzyć się w opał, a także zadbać o odpowiednią izolację naszych posłań- "łapki świerkowe". Tymczasem zmierzch jest coraz bliżej, a roboty jeszcze dużo. W milczeniu i ponurych nastrojach pracujemy w narastającym napięciu. W końcu tipi stoi. Jednak poczucie bezpieczeństwa jest złudne. Mokre drewno na ognisku daje więcej dymu niż ognia (o wiele więcej!), z tyczek leje się woda z topniejącego śniegu. Nie jest nam zimno- jest nam mokro. Każdy w duchu zastanawia się- "co ja tutaj robię?!". Mimo wszystko palimy wieczorem Fajkę i zmęczeni, nie myśląc o kolacji zasypiamy.


Czwartek, 22.01.2009

Szok! Poranek słoneczny, mroźny, bezwietrzny. Wreszcie widzimy piękno otaczającej nas Hali Izerskiej. W oddali widać zalany promieniami słońca szczyt Szrenicy. Nasze nastroje są doskonałe. Cieszymy się, że nie poddaliśmy się wczoraj. Wilk jedzie ze Strażakiem skuterem pod "Czeszkę i Słowaczkę" po sprzęty reszty uczestników Winter Campu, którzy mają do pokonania pieszo tą samą trasę (9 km), co my dwa dni wcześniej. Krystian, Michał i Damian w tym czasie gromadzą opał dla wszystkich. Po przybyciu Marka, Gawrona, Paciora, Demona, Kuby, Achima i Nindży robimy to samo co wczoraj, czyli szukamy tyczek, stawiamy tipi, itp. Na szczęście w większym zastępie ludzi, z lepszymi humorami i przy pięknej pogodzie. Dziś żołądków oszukać się już nie da, musimy wreszcie zjeść coś porządnego, bo ileż można żuć suszone mięso. Krystian i Michał gotują gulasz z indyka. Zajmuje im to sporo czasu, jak zresztą przygotowanie każdego posiłku, gdyż w założeniu jedną z idei Winter Campu było żywienie się tylko naturalnymi produktami i do tego pochodzącymi z Kraju Indian. Jeszcze przed Winter Campem każdy z uczestników miał przygotować trochę suszonego mięsa, jak również zabrać ze sobą część jedzenia, do ustalonego wcześniej jadłospisu. Po dzisiejszym dniu stoją dwa tipi. Oto cały nasz obóz. W pierwszym tipi mieszkają Wilk, Kikan, Michał, Damian, Marek, Nindża (pod Arą :) i Zuzia. W drugim natomiast Achim, Gawron, Kuba, Pacior i Demon. Wieczorem odwiedzają nas gospodarze Chatki Górzystów- Wiesia i Sławek. Spędzamy z nimi bardzo miły wieczór.


Piątek, 23.01.2009

Dzień rozpoczynamy od wspólnego śniadania. W obozie jest tylko 6 par sprawnych karpli. Było ich więcej, niestety żadne z tych, które były robione przez nas, nie zdały egzaminu. Na wyprawę po okolicy udaje się zatem 6 osób- Wilk, Kikan, Marek, Michał, Gawron i Achim, oraz oba psy, którym było najciężej w kopnym śniegu. Sławek zapowiedział wczoraj, że ma wiać halny. Niestety okazuje się, że ma rację. Halny dopada nas w trakcie wyprawy. Chowamy się w zagajniku kosówki, gdzie wypalamy Fajki. W czasie naszej wyprawy Młodzieżowcy przygotowują w obozie pemikan, a Nindża próbuje rozmrozić ryby. Do zamarzniętej ziemi nie dało się przykołkować tipi. Nie było to problemem, dopóki nie zaczął wiać halny. Aby tipi nie odfrunęło musieliśmy obsypać jego brzegi śniegiem, co niestety spowodowało brak wentylacji i totalne zadymienie w środku. W planie Winter Campu był również Szałas Pary. Przed wieczorem Wilk, Krystian i Michał idą szukać kamieni. Dołączają do nas Kuba i Pacior. Kamieni nie znajdujemy, za to spontanicznie udajemy się do schroniska, nie powiadamiając o tym reszty obozowiczów. Siedzimy sobie w najlepsze w schronisku, tymczasem na zewnątrz hula zadymka śnieżna, która zasypuje nasze ślady, co powoduje "lekki" niepokój w obozie. Zostaje wysłana ekipa ratownicza, która w końcu odnajduje nas w schronisku. Jest trochę nerwów, na szczęście cała sytuacja kończy się pokojowo. Resztę wieczoru spędzamy w tipi gadkując i walcząc z dymem.


Sobota, 24.01.2009

Ci, którzy nie uczestniczyli we wczorajszej wyprawie wybierają się dzisiaj. Pogoda znowu dopisuje. Wyprawa dociera do rzeki Izery- naturalnej granicy między Polską a Czechami. Kiedy Wilk, Kuba, Damian, Pacior i Demon obmyślają dalszą trasę wyprawy, Nindża na bosaka przeprawia się przez rzekę i stojąc po pas w śniegu po czeskiej stronie, bezskutecznie pragnie nas zachęcić do pójścia w jego ślady. Tymczasem Krystian i Michał w obozie przygotowują potrawkę z dziczyzny, czyli naszą dzisiejszą wspólną kolację. Po powrocie z wyprawy robimy małą sesję zdjęciową prezentując się w naszych najlepszych zimowych strojach lub ich elementach. Mimo, że nie było nakazu posiadania zimowego stroju, wielu z nas miało ze sobą kapoty, czapy futrzane, czy torby naramienne, a Achim miał nawet kompletny strój. W dwóch podgrupach udajemy się jeszcze na małe wyprawy po okolicy. W zespole Wilk, Krystian i Michał wypalamy Fajki. Atmosfera ku temu jest doskonała. Po powrocie Krystian postanawia zażyć "śniegowej kąpieli". Dołącza do niego Nindża, z czego wynikają zapasy w śniegu. W tipi nie daje się już wytrzymać ze względu na dym, więc kolację jemy na zewnątrz stojąc na mrozie, co i tak jest przyjemniejsze. Wszyscy przez dwie godziny jak nakręceni sypiemy kawałami.


Niedziela, 25.01.2009

Znów mróz i słonecznie, aż szkoda, że wszyscy poza Wilkiem i Markiem muszą dziś wyjeżdżać. Od rana zwijamy obóz i na raty skuterem przewozimy nasz dobytek w dół pod "Czeszkę i Słowaczkę". Po wspólnym obiedzie i pożegnaniu obóz prawie pustoszeje, a grupa opuszczająca wyrusza pieszo w dół, stykając się stopniowo z cywilizacją, aż po zupełnie szary i pozbawiony śniegu Świeradów. Tymczasem na górze Wilk i Marek porządkują teren obozu, aby nie było po nas śladu, kiedy stopnieje śnieg. Szanujemy w ten sposób gościnność Nadleśnictwa Świeradów. Mróz tężeje coraz bardziej. W niesamowicie cichy wieczór palimy z Markiem Fajki i z większą niż dotychczas pieczołowitością przygotowujemy swoje posłania w jedynym pozostałym w obozie tipi. W środku nocy budzimy się z zimna i już do rana na zmianę pilnujemy ognia. Później okazało się, że temperatura spadła w nocy do -20°C.


Poniedziałek, 26.01.2009

Rano zwijamy swoje rzeczy i w towarzystwie Wiesi z Chatki Górzystów odwiedzamy inne potencjalne miejsca przyszłorocznego Winter Campu. Znów jest bardzo mroźny i słoneczny dzień. Niestety to już definitywny koniec tegorocznego zimowego spotkania indianistów.

Winter Camp był pomysłem Wilka i Krystiana. Miał odbyć się po raz pierwszy już rok wcześniej w innej części Gór Izerskich, jednak słaba zima uniemożliwiła jego realizację. Mieliśmy wtedy już wszystko przygotowane, pomagał nam w tym Jabol, którego niestety nie było w tym roku razem z nami. Jako organizatorzy określiliśmy pewne zasady:
- uczestnictwo na imienne zaproszenie
- całkowity zakaz spożywania alkoholu
- uczestnictwo przewidziane tylko dla mężczyzn
- posiadanie suszonego mięsa
- tylko indiańskie jedzenie (bez konserw, batonów, chleba, itp.)
- zalecane zaopatrzenie się w rakiety śnieżne
- dowolność stroju- miało być ciepło, praktycznie i z rozsądkiem.
Uważamy, że powyższe zasady były przestrzegane w zdecydowanej większości. Na kolejnych Winter Campach liczymy na jeszcze większe zdyscyplinowanie.

Wszyscy uczestnicy Winter Campu styczeń 2009 podczas dyskusji zgodzili się na następujące założenia na kolejny rok: - sprawa zaproszeń, alkoholu, jedzenia i kobiet bez zmian - wymagane: rakiety śnieżne, kapota, torba naramienna, czapa futrzana, mięso suszone.

Podsumowując najbardziej cieszymy się z tego, że z powodu braku alkoholu w obozie Fajkę można było palić z każdym o każdej porze dnia. Ciekawym doświadczeniem była toczona przez każdego wewnętrzna walka z własnymi słabościami. To trzeba jednak przeżyć, gdyż nie da się tego opisać słowami. Nie udało nam się przeprowadzić Szałasu Pary, ale postaramy się, by na Winter Campie w styczniu 2010 doszedł on do skutku.


Z dużym poczuciem Indian Time'u spisano przez Wilka i Krystiana 01 stycznia 2010.

Zdjęcia z obozu 2009






 
       
© 2007 Takini. Webmaster: Kolumb